Minął rok odkąd czterdziestosześcioletni „koń” ma niezbędne uprawnienia do prowadzenia pojazdów mechanicznych. Wiem, że nie ma się czym chwalić bo wyrobić sobie uprawnienia w takim wieku to (jak niektórzy mi wmawiali) trochę wstyd. Ja akurat do tej pory nie miałem potrzeby by sobie takie „coś” sprawić, jednocześnie nie tyle do samego dokumentu a do poruszania się pojazdami miałem (i mam) dość ambiwalentne podejście.
Nie o tym jednak chciałem napisać. Zaskoczyły mnie dwie rzeczy. Może widzę to tylko dla tego, że mam tyle lat ile mam i wcześniej bym tego nie widział.
Nauczanie przez porzucenie nauczania
„Nie nauczymy Was tu drodzy państwo jak jeździć i nie pokażemy jak poruszać się po drogach, nauczymy Państwa jak zdać egzamin, a cała reszta przyjdzie później”. Trochę mnie to zdziwiło, zaskoczyło ale też uplasowało w podobnym miejscu jak niektóre aspekty związane z służbą zdrowia czy polityką. Byłem na kilku pierwszych zajęciach a i owszem dzielny Pan pokazał skrzyżowanie, jedno drugie trzecie i nawet coś tłumaczył tyle, że po pierwszym skrzyżowaniu niektórzy przysypiali a przy drugim skrzyżowaniu reszta (ni będąca w obcięciach Morfeusza) nawet przestała notować. Przy pytaniach „Czy Państwo to rozumieją” jedni kiwali głową a inni się budzili. Odnosiłem wrażenie, że „Wykładowca” chciał 2-3 lekcje streścić w jednej bo leciał po tematach jak BMW M4 CSL po niemieckiej autostradzie.
Płacenie worka monet tylko po to by zdać i jeszcze dowiedzieć się takich niusów o od osoby kształcącej w dodatku tak oficjalnie ? … odechciało mi się i … dałem sobie spokój.
Rzuciłem to wszystko w cholerę (tracąc 300-400 zł) Naprawdę nie chciałem być częścią tego cyrku. Tym bardziej, że widziałem co się dzieje na drogach, (jako pasażer) i nie podobało mi się to
Po 3 latach (a tak po trzech latach) poszedłem ponownie, ale tym razem miałem plan!
Sam się zajmę nauką i wybrałem kurs online. Zabrałem się do tego po swojemu, przeczytałem podręcznik (z poprzedniego kursu) – tak przeczytałem i chyba zrobiłem to jako jedyny bo znalazłem kilka błędów ortograficznych, sporo interpunkcyjnych i do tego 3 znaczeniowe, mogące być powodem złej interpretacji przepisu. Nawet to zgłosiłem wydawcy – podziękowali, co się chwali.
Na stronie wydawcy były też testy. Chciałbym powiedzieć, że je „przeleciałem” ale ja zrobiłem to po swojemu, przeanalizowałem i chciałem zrozumieć. To był błąd, bo ponownie skontaktowałem się z wydawcą. Opisy i wyjaśnienia przy zdjęciach czy scenkach to jakaś totalna porażka. Mimo tych trudności, proces uczenia się online zaliczyłem. Teorię poznałem i zagłębiając się w nią uważam, że wiele rzeczy jest przekombinowanych i bardzo źle sformułowanych.

Jak widziałem ronda po kursie (wygenerowane przez canva.com)
Egzamin teoretyczny zaliczony. Cas na wyruszenie na drogę.
Sytuacja niestety się powtórzyła, gdy tylko o coś spytałem to wprawdzie uzyskałem odpowiedź (chwali się Panu instruktorowi) to jednak zaraz potem padały zdania „skup się ta tym bo to będzie na egzaminie” lub „tu uważaj bo na wyjeździe z tej uliczki egzaminatorzy lubią oblewać kandydatów”. Jasna CHOLERA ja chcę się nauczyć jeździć by nikomu nie zrobić krzywdy!
Mam w dupie kto co gidzie oblał! Ja chcę czuć się pewnie na drodze! Mam za duże wymagania?!
Jazdy zaliczyłem, umiejąc jechać po łuku, wbijać się między auta równolegle, jak zatrzymywać się na znaku STOP. Przez wszystkie jazdy – nawet te, które dokupiłem sobie prywatnie – nie wyprzedzałem, nie parkowałem tyłem (tylko przodem), nie jechałem po autostradzie i nie ćwiczyłem zachowania się tam (kto wie, może kandydatom nie wolno). Niestety i po kursie i po „jazdach” czułem się całkowicie nie przygotowany do jazdy tak by nie bać się o bezpieczeństwo innych a w tym bardziej swoje.
Za to nasłuchałem się anegdot „O! Tutaj jeden z kursantów przytarł”, „A tam kursantka wyjechała pod prąd” i kilka innych opowiastek, książkę bym mógł napisać.
Udałem się na egzamin, głupi, przestraszony, zrezygnowany i co gorsza w przeświadczeniu, że nie powinienem mieć uprawnień bo nic nie umiem. Mimo to zdałem, wyjechałem na drogę i … jeżdżę do dzisiaj.
Dalej tego nie lubię i dalej nie pałam optymizmem na swoje umiejętności (a zrobiłem prawie 30 tyś km w 11 miesięcy – i dużo i niedużo) i tu przeszedłbym do tej drugiej rzeczy, gdyby nie brak konkluzji.
Czy naprawdę nie ma możliwości zastosowania innej metody nauczania? Takiej by kursant nie bał się wyjechać gdziekolwiek, zaparkować nawet w najgorszym miejscu (polecam do nauki parkingi przed supermarketami), Co z ćwiczeniem awaryjnego hamowania? Poślizgu i kontrolowania go?
Mam świadomość, że mój głos może wydawać się niewielki i nieistotny wśród wielu innych, ale chciałbym wierzyć, że nasze refleksje mogą przyczynić się do poprawy sytuacji na drogach. Czuje się przede wszystkim jako ojciec, który chciałby móc posłać rowerem swojego jedenastoletniego syna do jego kolegi bez niepokoju i strachu o jego bezpieczeństwo. Niestety, coraz częściej spotykamy się z niebezpiecznymi zachowaniami na drodze, które zagrażają życiu i zdrowiu innych. Mam nadzieję, że razem możemy działać na rzecz bardziej odpowiedzialnego i bezpiecznego środowiska drogowego, w którym każdy może czuć się bezpieczny.

Fatalista (wygenerowane przez canva.com)
I tak wyszedł kolejny pesymistyczny post. I ponownie uznacie mnie za fatalistę, bo nie widzę szans na poprawę sytuacji. Postaram się poprawić i napisać coś pozytywnego (jak to „pozytywne” się pojawi)
Pozdrawiam i do następnego artykułu
Aleksander Marcin Sanetra
