Nie będę nikim wyjątkowym (zresztą tak naprawdę też i nie jestem) jeżeli powiem, że w olimpiadach liczę tylko na trzy elementy: otwarcie, fantastyczne emocje sportowe, zakończenie olimpiady.

Pierwszy i ostatni element, są ucztą dla oczu. Momentem, gdy poznajemy kulturę kraju organizatora. Osobiście to na otwarciu i zamknięciu koncentruję całą swoją wiedzę, by wiedzieć co aktualnie pokazuje organizator. Zdaję sobie sprawę, że komentatorzy otrzymują pewne wytyczne co do tego, co widzą, by wiedzieć co powiedzieć o widowisku. Wiem też, że dobrze się do widowiska przygotowują. Rozumiem, że w odpowiednim momencie zdradzają arkana tego, co widzimy a co jest (do tego momentu WIELKĄ tajemnicą). Możliwe, że także wiedzą więcej niż widzimy.
Ja czerpię dodatkową korzyść i satysfakcję, gdy moja wiedza pozwala mi zrozumieć to, co widzę bez komentarza prowadzącego, by tylko potem upewnić się, że miałem racje. Jeżeli jednak coś poszło nie tak i nie zrozumiałem intencji scenarzysty widowiska, tym bardziej chciałbym wiedzieć, co przeoczyłem lub czego dotyczył dany element spektaklu.
Magia poznawania wyjątkowych aspektów kultury nacji organizującej to, czego oczekuję. Tak było wcześniej.

Tak było w Calgary w 1988 roku, gdzie wyjątkowa piosenka przewodnia jest ze mną do dzisiaj – a przecież wtedy byłem 10 letnim dzieckiem. Pamiętam to i potrafię melodię tematu zagrać od tak z pamięci.
Ceremonia w Barcelonie (1992) to spektakularne zapalenie znicza przez łucznika (ileż to razy przewijałem kasetę VHS, by sprawdzić czy Antonio Rebollo faktycznie strzelał z łuku, czy może było to strzała zawieszona na jakiejś żyłce. Coś niesamowitego.


Nagano z 1998r to był majstersztyk tego, czym się (wtedy) jarałem, czyli kulturą Japonii. Jednak nie chodziło o mangę czy animę, ale o samurajów, kino Akiro Kurosawy, tę taką „japońskość”. Otrzymałem to.
Ceremonia otwarcia w Salt Lake City była pełna emocji, szczególnie ze względu na bliskość wydarzeń z 11 września 2001 roku. Była hołdem dla ofiar zamachów, a także ukazaniem amerykańskiego ducha jedności i siły. Ceremonia zawierała patriotyczne elementy, a znicz olimpijski został zapalony przez drużynę hokejową USA z 1980 roku, znaną jako „Cud na lodzie”.

Ceremonii otwarcia w Turynie z 2006 roku nie pamiętam. Nawet nie powiem czy oglądałem.
Pyeongchang to ceremonia otwarcia była przepełniona koreańską kulturą i nowoczesną technologią, jednak jakoś nie utkwiła mi w pamięci.

Potem ponownie Azja, ale już Tokio i letnie igrzyska. Dziwne, bo bez publiczności. Miały swój urok. Połączenie historii i nowoczesności to były to, czego się oczekiwało. Zrobiono to nad wyraz dobrze!
Pekin powalił mnie na kolana, mimo że liczyłem na występy setek osób w idealnej choreografii, to widowisko przeszło moje oczekiwania.

Otwarcie olimpiady w Lądku Zdroju (tj, w Londynie 🙂 ) z 2012 pomimo obawy co do ryzyka udziwnień utkwiło mi w pamięci za niezwykły spektakl. Za to wysęp Paula McCartneya był słaby dźwiękowo, ale i tak to pozwoliło cieszyć się świetnym widowiskiem. Chwilę później w Soczi nie otworzył się mechanizm jednego z kół olimpijskich. Jednak i tak widowisko było interesujące.

Dzisiaj zmierzyłem się z otwarciem w Paryżu.
Powiem na wstępie, że żal mi artystów i wolontariuszy. Deszcz mocno ich doświadczył.

Pomysł wyjścia ze stadionu wydał mi się ciekawy ale i niebezpieczny. Mimo wszystko zamknięte środowisko łatwiej kontrolować. Reżyser zafundował nam nietypowe wyzwanie. Na początku wydawało mi się, że nie rozumiem względnie „nie czuję” koncepcji. Pokazanie przebogatej kultury Francji i jednocześnie parada uczestników, to było interesujące, ale rozpraszające, bo raz skupiasz się na historii przedstawianej, a potem dekoncentracja, bo przepływa kilka łódek z ekipami sportowców. Trochę niejasna przez dłuższy czas była postać przemierzająca Paryż (trochę zwiedzania, parkur, jazda na mechanicznym koniu, potem prawdziwym) osobiście uznałem później, że to może być Joanna d’Arc
Potem przyszły kolejne części i jakoś zacząłem się gubić. Wydaję mi się, że różne tempo narracji zgubiło mnie „oglądającego”. W pewnym momencie byłem znudzony. Na szczęście przyszła część „mroczniejsza” i się ożywiłem. Tyko po to, by (jak to „zeznałem” mojej żonie poczuć się jak na jakimś koncercie typu „Sylwester z Polsatem” ale w Netfliksowej wersji, czyli z nachalnym epatowaniem LGBT i jeszcze ten „obraz” ostatniej wieczerzy – nie pasowało mi to, bo nawet będąc świeckim państwem jakim jest „żabia republika”,to jednak trzeba innych szanować.


Gdy już przydługa playlista (skądinąd), świetnych francuskich utworów się skończyła przyszedł czas na „tę oficjalną część”. Nie specjalnie mi przeszkadzały, drobne błędy jak flaga olimpijska do góry nogami czy podanie niewłaściwej nawy (w oryginale) Korei Południowej. Nawet formy tańca, co do których nie miałem pewności czy jakaś osoba tańczy czy używa języka migowego, nie sprawiały bym czuł się źle – co najwyżej byłem znudzony. A sceny się dłużyły i to niemiłosiernie.

Nawet nie denerwowało mi, ze Pan Babiarz i jego kolega czasem zakręcili się w opisywaniu intencji reżysera – do tej chwili (gdy pisze ten felieton) jestem zdania, że redaktorzy po prosu nie dostali od organizatora odpowiedniej rozpiski tego, co widzą.
Tak czy inaczej pewne sceny były przydługie, inne sugerowały coś, co nie miało miejsca (na Sekwanie były rampy ewidentnie do akrobacji na rowerze, desce czy hulajnodze a realizator pokazywał tyko pomniejsze sceny. Najwyższa rampa jakoś zawsze była pusta. Może nie pokazano wszystkiego?.

W jednej ze scen wystąpiła Lady GAGA, ale śpiewała dość dziwną piosenkę jak na możliwości tej piosenkarki, to jeszcze komentatorzy milczeli, a ty człowieku domyśl się kto występuje. Aż do ślubowania odnosiłem wrażenie, że nie pokazano mi wszystkiego. Bo gdybym to co widział wstawił na murawę stadionu, to chyba bym nie zapełnił jej aktorami występującymi, ale tak jak pisałem wcześniej chyba nie pokazano mi wszystkiego.
Czy otwarcie olimpiady mi się podobało? W zasadzie tak. Czy coś mnie denerwowało? Tak, niepotrzebne dłużyzny, względnie błędy w montażu. Czegoś mi zabrakło i nie naprawiła tego Celine Dion. Wyjdę na straszną marudę, ale w pamięci zostanie mi tylko „Baba z brodą” i ciekawy znicz olimpijski.

No cóż. Najważniejsze by nasi zgarnęli wór medali. Czego Im i nam życzę
3majcie się ciepło
Aleksander Sanetra
