2025: Nowy wspaniały zakaz, a może to kontynuacja 1985? Grafika dla Ekscynatorium.pl. Domena publiczna.

W Polsce wraca temat prohibicji głównie lokalnej, punktowej. Najczęściej w wersji „po 22 nie kupisz”. Gminy i miasta sięgają po zakazy, a politycy prześcigają się w pomysłach, jak „zwiększyć bezpieczeństwo” czy „ograniczyć patologie”. I jasne, na pierwszy rzut oka to wszystko ma sens. Cisza nocna. Mniej agresji. Mniej rozbitych butelek na chodniku.
Tylko że… my właściwie nie wiemy, co naprawdę się wydarzy, kiedy ten zakaz wejdzie w życie.

Bo czy ktoś w ogóle zbadał, co robi przeciętny Kowalski, który codziennie o 21:45 kupuje sobie „małpkę” w Żabce? Czy zacznie zaopatrywać się wcześniej? Czy przejdzie na większy litraż? Może przerzuci się na domowej roboty bimber? Lub zajrzy do obecnie zakurzonych starych melin gdzie można było nabyć płyn do czyszczenia silników jako starą dobrą „wódzię” A może przestanie pić? (Mało prawdopodobne, ale kto wie).

Polej bo się ściemnia. Grafika dla Ekscynatorium.pl. Domena publiczna.

Do byle kampanii reklamowej robi się dziś całe analizy: segmenty odbiorców, testy A/B, mapy emocjonalne, badania reakcji neuronów w czasie oglądania reklamy jogurtu. A gdy wchodzi zakaz sprzedaży alkoholu:  zero pytań o mechanizmy społeczne, o skutki długofalowe, o możliwe strategie obchodzenia systemu. Ot, po prostu zakaz. Bo się wydaje, że pomoże.

Ale zakazy nie działają w próżni. To nie przycisk ON/OFF. Ich efekty zależą od setek drobnych czynników: kultury picia, dostępności substytutów, różnic pokoleniowych, poziomu stresu społecznego czy… siły lokalnych siatek nielegalnego handlu. Tak, dobrze czytasz, bo prohibicja to zawsze ryzyko odtworzenia melin, które w Polsce już niemal zniknęły. A wystarczy tylko iskra: droższy legalny alkohol (akcyza w górę), brak dostępu nocą i… znowu gdzieś na zapleczu zacznie kapać coś z nieznanego źródła.

To już nie tylko kwestia gospodarcza czy zdrowotna. W czasach, gdy wojna toczy się także na polu psychologicznym i społecznym, rozchwianie rynku alkoholu i wzrost podaży taniego, skażonego alkoholu może być narzędziem destabilizacji. Rosja w przeszłości już korzystała z takich technik – choćby na Ukrainie. Więc może zanim zaczniemy zakazywać – zróbmy to, co robimy dla jogurtu, szamponu i nowego batonika. Zbadajmy ludzi. Zapytajmy ich. Zrozummy ich zachowania. I dopiero wtedy wprowadzajmy prawo.

Bo być może nie chodzi o to, czy zakaz ma sens – tylko o to, czy potrafimy przewidzieć, co uruchamiamy, kiedy wciśniemy „Zakaz włączony”.

Nie chodzi o zakazy. Chodzi o wybory.

Alkohol był z nami, zanim nauczyliśmy się pisać. Był z nami, gdy ludzie zaczęli oswajać ogień, i wtedy, gdy wymyślono pierwsze ceremonie (nie żebym to pamiętał). Kiedyś symbol boskości, potem towarzysz robotników i arystokracji. Dziś to towar jak każdy inny, ale nadal obudowany potężną narracją: o wolności, zabawie, dorosłości, męskości, kobiecości, relaksie, świętowaniu, towarzyskości…

Wydaje się, że nie wyplenimy tego narracyjnego giganta jedną ustawą. Nie zmienimy tysięcy lat kultury jednym przedmiotem w szkole. Ale możemy zrobić coś innego. Zmienić historię, którą o alkoholu opowiadamy. Kiedy politycy mówią „prohibicja”, myślą: cisza nocna, mniej agresji, lepsze statystyki. Kiedy edukatorzy mówią „profilaktyka”, myślą: broszury, filmy, wielkie banery „Alkohol szkodzi”, „Alkohol zabija”. A tymczasem wśród młodszych pokoleń coś się już zmienia. Po cichu. Bez ustawy. Bez rozporządzenia. Niektórzy młodzi ludzie nie chcą pić, nie dlatego, że muszą, ale dlatego, że mogą nie pić. Aktorzy, influencerzy, sportowcy z własnej woli rezygnują z alkoholu. I nie robią z tego by się na siłę umartwiać to zaczyna być moda (mimo wszystko to dobry znak). Wymienię tylko pierwsze nazwiska z długiej listy: Anne Hathaway, Bradley Cooper, Nikki Glaser, Demi Lovato, Matthew Perry.
W naszym kraju też coś się „rusza” otwarcie wyznali porzucenie ognistego trunku: Łukasz Simlat, Tomasz Ciachorowski, Lech Dyblik, Janusz Panasewicz, Baron, Maciej Stuhr, Grzegorz Daukszewicz.

To nie „walka z nałogiem”. To po prostu nowy styl życia: trzeźwość jako wybór, a nie kara. Autentyczność zamiast wódki. Granice zamiast kaca. Jasność zamiast zamglenia. Może to jest wyjście? Kiedyś symbolem męskości był kowboj z papierosem „pewnej marki” dziś papieros nie jest już tak ważnym elementem. Wytworzyła się moda na niepalenie i niejako przy okazji włącza się różne zakazy. Może to jest wyjście?

Nie ukrywam, ze jest ciekawe, zwłaszcza dla mnie, człowieka, który mieni się być „hobbystą entuzjastą” (Tak Panie Bałtroczyk, pożyczam sobie to jakże urocze określenie) małej szklaneczki whisky od czasu do czasu. Martwi mnie jednak, ze chyba zaczynamy dobierać się do tematu od D…drugiej strony butelki. Co myśleliście, że napiszę „od dupy strony?” nie, nie napisałem, to znaczy eeee. Nieważne.

Hmm opisywać? grafika dla Ekscynatorium.pl domena publiczna.

Ciekawie wyglądają badania nad efektami ograniczenia (godzin, lub dni) sprzedaży alkoholu. I tu ciekawostka, statystyki podają głównie dane „twarde” a więc zmiany statystykach przemocy, hospitalizacji, wypadków. Tu mała uwaga, ostrożnie ze statystykami, znam przykłady gdy statystyki  „naciągano” by uzasadnić podjęte decyzje. Popatrzcie poniżej:

  • W modelu symulacyjnym (Australia) zmniejszenie godzin funkcjonowania lokali  przyniosło szacunkowo:
    • ~12,3 % spadku ostrych szkód,~7,9 % mniej przemocy,~11,9 % mniej wizyt na ostrym dyżurze,
    • ~9,5 % mniej hospitalizacji
  • W Baltimore (USA) obniżenie godzin sprzedaży alkoholu w barach i tawernach doprowadziło do 51 % spadku liczby morderstw w pierwszym miesiącu, a w dłuższej perspektywie – roczny spadek wszystkich przestępstw z użyciem przemocy o ~23 %.
  • W Niemczech badano zakaz sprzedaży alkoholu nocą i stwierdzono, że taki zakaz faktycznie zmniejszył odnotowane obrażenia i wypadki drogowe.

Zakaz nie zawsze znaczy mniej. Czasem znaczy: inaczej.

Jan A. Robertson, Michelle S. Fitts i Alan R. Clough w swojej publikacji Unintended Impacts of Alcohol Restriction zwracają uwagę na rzecz z pozoru paradoksalną, ale z psychologicznego punktu widzenia całkiem naturalną: poniżej połowy badanych mieszkańców objętych restrykcjami postrzegało je jako rzeczywiste ograniczenie dostępności alkoholu. Dla wielu zakaz był po prostu kolejną przeszkodą do ominięcia – nie barierą, a przeszkodą w torze przeszkód.

Co więcej, w tych samych badaniach pojawiają się wzmianki o alternatywnych źródłach alkoholu – czarnym rynku, domowej produkcji, turystyce alkoholowej.

Nie musimy zresztą cofać się daleko. Lockdown covidowy w Kanadzie dostarczył bardzo aktualnego eksperymentu społecznego: zakaz sprzedaży alkoholu nie doprowadził tam do wyraźnego spadku jego konsumpcji, szczególnie wśród osób uzależnionych. Wręcz przeciwnie – rosły zarówno koszty zdobycia alkoholu, jak i znaczenie nielegalnych kanałów jego dystrybucji. Zakaz zmienił miejsce i sposób konsumpcji, ale nie samą potrzebę.

W naszym kraju, gdzie alkohol jest faktycznie częścią kultury pandemia też namieszała. Ponad 15% pytanych przyznało, że w czasie pandemii piło częściej (badanie SW Research  w sierpniu 2022) Ciekawe, że praktycznie taka sama liczba osób określiła, że po pandemii nie zmniejszyła ilości wypijanego alkoholu. Niepokojące jest to, ze osoby nadużywające alkoholu przed pandemią i pijące „ryzykownie” w czasie pandemii ale rozpili się jeszcze bardziej. Przypomnę, że (najogólniej) za ryzykowne uznaje się picie co najmniej 6 jednostek alkoholu przy jednej okazji.

Dla lubujących się w cyferkach polecam rzucić okiem np na Zwrot w modelach konsumpcji z 2023r.

To wszystko pokazuje, jak skomplikowanym zjawiskiem są społeczne skutki ograniczeń dostępności alkoholu. W artykule Mechanisms of Impact of Alcohol Availability Interventions autorzy próbują uchwycić ten wielowarstwowy mechanizm i wyodrębniają kilka kluczowych czynników wpływających na efektywność takich restrykcji:

  • dostęp fizyczny (liczba punktów sprzedaży, godziny otwarcia),
  • widoczność i promocja (czyli jak bardzo alkohol „patrzy” na nas z półek),
  • normy społeczne (czyli co uchodzi, a co nie),
  • przystępność cenowa,
  • zarządzanie strefą nocną (np. transport, światło, monitoring, działania służb).

Wszystko to oznacza jedno: restrykcje działają inaczej w różnych kontekstach. I właśnie dlatego, jak zauważa się w przeglądzie badań opublikowanym w Drug and Alcohol Review (2023).

„…Związki między dostępnością alkoholu a jego używaniem są skomplikowane i zależne od lokalnych czynników kulturowych, infrastruktury i norm społecznych…”

I tu pojawia się nasz krajowy wątek.

Bo Polska to nie jest kulturowy monolit. Rytuały picia, presja społeczna, dostępność, a nawet estetyka nocnego życia potrafią się diametralnie różnić między osiedlem w Warszawie, wsią pod Białymstokiem czy na „Ruczaju” :dzielnicy w Krakowie (powiedzmy, że studenckiej). A to znaczy, że nie ma jednego, uniwersalnego klucza do regulacji alkoholu. Musimy go dopiero wypracować i to nie intuicją polityków, tylko badaniami lokalnymi, społecznymi, psychologicznymi i kulturowymi.

Oto przykład jaki znalazłem, daje do myślenia:

  • Istnieją mapy zakupowe/paragonowe: np. badania wskazują, że w województwach śląskim i zachodniopomorskim udział alkoholu w paragonach spożywczych jest relatywnie wysoki (~15 % paragonów zawiera alkohol).
  • W województwach takich jak pomorskie, kujawsko-pomorskie, zachodniopomorskie, dolnośląskie, opolskie i małopolskie odnotowano “ponadprzeciętne” spożycie alkoholu w badaniach regionalnych (np. raport dla województwa lubelskiego uwzględnia analizę takich wzorców).
  • W raportach medialnych (np. Portal PoradnikZdrowie.pl lub  i raportach konsumpcyjnych pojawiają się obserwacje, że Śląsk i Małopolska to rejony, gdzie spożycie piwa jest stosunkowo wysokie
  • W medycynie, raporty lokalne (np. związane z Wrocławiem/Dolnym Śląskiem więcej na Alert Medyczny) wskazują, że w latach 2002–2017 śmiertelność związana z alkoholem wzrosła dramatycznie – co może być pośrednio związane z lokalnymi uwarunkowaniami kulturowymi i politykami alkoholowymi (choć to związek korelacyjny, nie przyczynowy).
  • W danych CBOS (raport “Konsumpcja alkoholu w Polsce” 2019) — choć badanie ogólnopolskie — można znaleźć różnice w deklaracjach picia częstego / okazjonalnego / niepicia, które mogą różnić się pomiędzy regionami

Czyli co zadziała ta cała prohibicja?

Od 2018 roku aż 176 gmin w Polsce zdecydowało się wprowadzić nocną prohibicję, czyli zakaz sprzedaży alkoholu w godzinach wieczornych i nocnych (najczęściej od 22:00 do 6:00). W części przypadków zakaz objął wszystkie punkty sprzedaży, w innych miał charakter częściowy. Nie wszystkie uchwały się utrzymały – część uchylono przez wojewodów czy sądy administracyjne, zwykle z powodów formalnych (jednak pozostaje jakieś takie „ale”). Jak podaje Serwis Samorządowy PAP, co dziesiąta gmina w Polsce zdecydowała się na taki krok.
Źródło: Samorządowy PAP – 176 gmin z nocną prohibicją

No dobrze, ale co to właściwie dało?

Przykład Krakowa pokazuje, że zakaz może mieć zauważalny wpływ na porządek publiczny. W pierwszym roku po wprowadzeniu nocnego zakazu (między północą a 5:30), liczba interwencji policyjnych związanych z alkoholem spadła o 48,5%, a straż miejska odnotowała o 31,2% mniej wezwań. Ogólnie, wykroczeń było o prawie 48% mniej niż w analogicznym okresie rok wcześniej.
Podobne efekty widzimy także w skali ogólnopolskiej: tam, gdzie wprowadzono zakaz, średnio liczba interwencji policyjnych spadła o 47%, a działań straży miejskiej o 40%. Co ciekawe, w Krakowie spadła nie tylko liczba incydentów nocnych, ale również dziennych, co sugeruje, że regulacje miały wpływ szerszy niż tylko „nocna zmiana”.

Ale czy to cała prawda?

Równocześnie bowiem widać inny trend: Polacy piją inaczej niż jeszcze kilka lat temu. Według danych PARPA (obecnie PARPA to kcpu.gov.pl – Krajowe Centrum Przeciwdziałania Uzależnieniom) , w 2021 roku odnotowano najwyższe od lat 90. spożycie alkoholi mocnych i najniższe od ponad dekady spożycie piwa. Udział napojów spirytusowych w strukturze spożycia (w przeliczeniu na czysty alkohol) osiągnął rekordowe 39,2%. Tego typu wyniki nie pojawiły się jeszcze w historii analiz prowadzonych przez PARPA od ponad 20 lat. Co ciekawe, coraz chętniej sięgamy po piwa bezalkoholowe i smakowe radlery, co może wskazywać na powolne zmiany stylu konsumpcji, ale jednocześnie odchodzimy od klasycznego, niskoprocentowego piwa.

Pojawia się więc pytanie: czy zakazy zmieniają sposób picia, czy tylko przesuwają jego czas i formę?

Warto też zwrócić uwagę na aspekt gospodarczy. Przedsiębiorcy z branży handlowej alarmują, że nocne ograniczenia oznaczają spadki obrotów – zwłaszcza w przypadku małych sklepów i stacji benzynowych, które w dużej mierze żyją z „nocnych zakupów”. Jednak dane pokazują, że stacje paliw to zaledwie około 4,5% punktów sprzedaży alkoholu, więc ich rola w ogólnej dostępności może być przeceniana.

Z kolei raport The Truth About Alcohol in Poland przygotowany przez WEI pokazuje, że dla małych sklepów spożywczych piwo stanowi aż 21% całkowitej wartości sprzedaży – to więcej niż mleko, pieczywo i warzywa razem wzięte. Co więcej, aż 81% sprzedaży smakowych wódek w Polsce odbywa się właśnie w takich lokalnych placówkach. Wprowadzenie ograniczeń, czy to przez podwyżki akcyzy, czy zakazy nocne, może więc uderzyć nieproporcjonalnie mocno w lokalny handel, szczególnie na terenach wiejskich i w mniejszych miejscowościach, gdzie takie sklepy często są jedynym źródłem zakupów.

A może zanim włączysz „hebel prohibicji” – włącz myślenie?

Zanim sięgniemy po “twarde wyłączniki”, warto zacząć tam, gdzie każdy człowiek codziennie konsumuje przekazy: w mediach, w sieci, w edukacji. Kampanie informacyjne, normy społeczne i głosy autorytetów potrafią kształtować sposób myślenia o alkoholu, czy jako o nieuniknionej części dorosłości, czy o wyborze, który można traktować krytycznie.

Przegląd literatury pokazuje, że kampanie medialne (telewizja, radio, plakaty) mają udokumentowany wpływ na wiedzę, postawy i świadomość zagrożeń związanych z alkoholem, choć efekt na rzeczywiste spożycie przychodzi trudniej. Na przykład w jednym francuskim badaniu kampania jednorazowa zwiększyła świadomość wytycznych “niskiego ryzyka” i powiązanych zagrożeń, ale efekt nie utrzymał się długo bez działań podtrzymujących. W innych przypadkach kampanie informacyjne doprowadziły do ~13% spadku incydentów związanych z alkoholem (np. wypadków drogowych).

Jednocześnie należy pamiętać: kampanie medialne rzadko w pojedynkę zmieniają zachowania konsumpcyjne, często potrzebują wsparcia regulacji, infrastruktury wsparcia i długofalowej strategii. Tutaj potrzeba jest rozpocząć działania na kilku frontach i wielu kanałach.

W erze internetu rolę mediów masowych częściowo przesuwają platformy społecznościowe. Tam przekazy “od znajomego, influencera, celebryty” bywają odbierane jako bardziej autentyczne. Niestety – równie intensywnie działa tam marketing alkoholu. Badanie z 2025 roku pokazuje, że młodzież jest narażona na reklamy alkoholu w social mediach i reaguje na nie (lajki, udostępnienia), co może zwiększać skłonność do picia. Co więcej, obserwacje pokazują, że posty rówieśników i influencerów (nie tylko reklamy) zawierające treści alkoholowe pozytywnie korelują z częstszym piciem u studentów. A To oni weszli w dorosłość (już częściowo ukształtowani) i teraz szykują nowe pokolenie (swoje dzieci)

Z drugiej strony, jeśli celebryci mówią publicznie o trzeźwości lub ograniczaniu użycia alkoholu, mogą wpływać na postrzeganie norm. Podobnie jak robią to w obszarze zdrowia psychicznego. Meta‑analiza wskazuje, że ujawnienia celebrytów mogą wspierać redukcję stygmatyzacji i inspirować, choć efekt nie jest gwarantowany ani trwały. Jednak zdrowe kampanie z udziałem celebrytów muszą być autentyczne; gdy wydają się „reklamowe” lub wymuszone, tracą siłę oddziaływania. Trzeba delikatnie doprowadzić do tego, ze picie jest passé ale może najpierw to „ryzykowne”, na umór i powoli delikatnie pokazywać że to „mniejsze” picie też nie jest dobre. Nie do końca straszyłbym całościowo.

Edukacja formalna i szkolna

W szkołach często stosuje się programy profilaktyczne oparte na strachu („alkohol zabija”) lub ciężkiej wiedzy medycznej. To czasem działa … ale krótkoterminowo: wzrastają deklaracje świadomości, ale nie zawsze maleje konsumpcja. Badacze edukacyjni postulują: trzeba wprowadzić edukację kultury picia, nie tylko „alkohol szkodzi”, ale: jak rozpoznać sytuacje ryzyka, jak odmawiać, jak reagować w grupie, jakie są alternatywy społeczne (a jest ich trochę).

Takie podejście bardziej przypomina edukację seksualną czy edukację żywieniową (to też dobry materiał na lekcje Edukacji Zdrowotnej), nie zakaz, ale świadomość i kompetencje wyboru. Zabrzmi to Orwellowsko ale może niech pijący ma wrażenie, że ma wybór? To co zasugerowałem jest groźne i nie do końca mi się to podoba, ale w marketingu to często działa (przerażająco często).

Moja sugestia, że najpierw miękkie strategie, a dopiero potem ograniczenia, jest spójne z literaturą: wielu ekspertów uważa, że regulacje (np. ograniczenia sprzedaży, zakazy, podatki) działają lepiej, gdy są osadzone w kulturze, gdy ludzie rozumieją, dlaczego istnieją, a nie czują je jako brutalne ograniczenie. Badania pokazują, że same restrykcje bez wsparcia informacyjnego i działania środowiskowego (np. kontroli, alternatyw) mają ograniczoną skuteczność i mogą wywoływać opór lub omijanie prawa. Dlatego strategia “podwójnego napadu”: edukacja + regulacje, wydaje się bardziej obiecująca.

Zanim włączymy zakaz, włączmy rozum (i potrząśnijmy politykami)

Alkohol nie jest jedynie napojem. To opowieść. Rytuał. Społeczny kod, który tłumaczy, rozluźnia, łączy, czasem rani. I dlatego nie wystarczy go zakazać, by go zmienić (na coś innego). Nie zlikwidujemy melin ustawą (ale możemy zwiększyć/zmniejszyć ich ilość). Nie wychowamy świadomych dorosłych broszurą. I nie zmienimy pokoleniowej narracji, wciskając pośpiesznie czerwony przycisk z napisem: „Prohibicja aktywna”.

Zmiany prawne mają sens, ale tylko wtedy, gdy są osadzone w kontekście. A kontekstu nie da się uchwalić. Kontekst się buduje: rozmową, edukacją, przykładem, cierpliwością. Potrzebujemy nowej opowieści o alkoholu. Nie straszącej, ale prawdziwej. Nie zakazującej, ale uczącej. Nie wykluczającej, ale zapraszającej do wyboru. Bo dopóki traktujemy alkohol jako problem do zakazania, a nie zjawisko do zrozumienia, dopóty będziemy działać po omacku. A przecież potrafimy więcej. Potrafimy wyjść poza pytanie „zakazać czy nie” i zadać inne, trudniejsze:

„Jak żyć razem w społeczeństwie, które potrafi pić i potrafi nie pić bez wstydu, przemocy, przymusu i ślepej normy?”

Może więc, zamiast mówić ludziom, że nie wolno… zacznijmy pokazywać, że można inaczej? Tak mi się wydaje i tak to widzę. Po mojemu … na trzeźwo, mimo, że czasem mam szklankę „czegoś” w ręce.

Do następnego artykułu
Aleksander Marcin Sanetra

By Aleksander Sanetra

Cześć! Nazywam się Aleksander Marcin Sanetra, jestem pasjonatem nauki, technologii, sztuki i życia, a także twórcą, pisarzem i copywriterem. Moje zainteresowania są niezwykle szerokie i obejmują takie dziedziny jak historia, fizyka kwantowa, astrofizyka, filozofia, elektronika, retro elektronika oraz wiele innych. Prowadzę interdyscyplinarny blog, który ma na celu inspirowanie i edukowanie, pokazując, że nauka może być nie tylko pouczająca, ale także fascynująca. Odważysz się wejść w mój świat, który (notabene) jest i twoim światem?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *