
Co by się stało, gdyby każdy mógł mieć własnego satelitę?
No dobra – może niekoniecznie typowy Janusz, gołowąs suchoklates z piwnicy, ale na przykład każdy uniwersytet w Polsce. Albo lokalne centrum badawcze z zapałem, ale bez miliardowego budżetu.
Tak na marginesie (cholera! gdzie on jest na ekranie?) My też coś już potrafimy
Polska nie zaczyna od zera. Nasz sektor kosmiczny, choć może nie tak rozbuchany jak w USA, działa całkiem prężnie i nie musimy się wstydzić, tak dla przykładu:
- PW-Sat 2 – dzieło studentów Politechniki Warszawskiej, który testował technologię deorbitacji
- KRAKsat – stworzony przez studentów AGH i UJ, z eksperymentalnym kołem zamachowym z ferrofluidu;
- Światowid – pierwszy komercyjny polski nanosatelita firmy SatRevolution;
- A ostatnio nawet ambitniejsze projekty, jak EagleEye czy STORK tej samej firmy – już z własnymi kamerami do obserwacji Ziemi.
A teraz rzućcie okiem na Japonię
W lipcu 2025 roku ruszył dziewiąty nabór do programu KiboCUBE – wspólnej inicjatywy JAXA (Japońskiej Agencji Badań Kosmicznych) i UNOOSA (Biura ONZ ds. Przestrzeni Kosmicznej). Ten program ma już 10 lat i ciągle trzyma orbitę! Jego założenie jest proste: dać możliwość krajom rozwijającym się (czyli takim, które nie mają jeszcze własnych agencji kosmicznych z miliardami dolarów) wysłania własnoręcznie budowanego CubeSata na orbitę. I nie mówimy tu o żadnym satelicie wielkości autobusu. Chodzi o urządzenie… wielkości kostki Rubika. 10 × 10 × 10 cm. To tzw. 1U CubeSat wystarczy do badań eksperymentów i nabrania doświadczenia do czegoś większego.
Tego typu satelity są potem wypuszczane z japońskiego modułu „Kibo” na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej (ISS), przy pomocy urządzenia o pięknej nazwie: JEM Small Satellite Orbital Deployer (J-SSOD).


Osobiście widzę tu pole do popisu dla np. naszej rodzimej Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, kilka satelitów obserwujących nawodnienie pól, czy nawet sprawdzanie, czy wszyscy uczciwie uprawiają swoje grunty czy tylko biorą dotacje.
I rzeczywiście – CubeSaty to nie zabawki z LEGO. To mikro-laboratoria, które robią zdjęcia, mierzą pole magnetyczne, badają atmosferę, testują nowe technologie, a niekiedy prowadzą też… eksperymenty biologiczne.
Kilka fajnych przykładów?
- RSP-00 (Rwanda) – pierwszy satelita tego kraju, służył do monitorowania rolnictwa.
- Dove (Planet Labs) – cała konstelacja CubeSatów robiących zdjęcia Ziemi każdego dnia.
- MarCO – dwa CubeSaty NASA, które towarzyszyły sondzie InSight w locie na Marsa i przesyłały dane z wejścia w atmosferę. (Tak, CubeSaty na Marsie – to już się wydarzyło.)
- chcecie więcej? to zajrzyjcie „History of deployed CubeSats„
Edukacja? Jak najbardziej
Od 2021 roku działa też KiboCUBE Academy (link do filmików bo nie każdy chce czytać) – darmowy program edukacyjny online. Można tam dowiedzieć się, jak zaprojektować, zbudować i przygotować do startu własnego CubeSata. To nie jest kurs „Jak zbudować satelitę dla opornych”.
To jest solidna inżynieria, podana w sposób przystępny i przyjazny dla każdego z pasją.
Ale po co to wszystko?
Przede wszystkim: żeby nie zostać na ziemi, kiedy reszta świata pakuje się na orbitę. CubeSaty to nie tylko tania alternatywa. To realne narzędzia dla nauki, edukacji, startupów i krajów bez gigantycznych budżetów. I jasne – satelita nie rozwiąże wszystkich problemów świata, ale może pomóc w monitorowaniu katastrof naturalnych, analizie zmian klimatu, edukacji inżynierów, czy… inspiracji nowych pokoleń. A programy takie jak KiboCUBE pokazują, że dostęp do przestrzeni kosmicznej może być demokratyczny. Że nie trzeba być USA, Chinami czy SpaceX-em, by mieć swoje miejsce wśród gwiazd (a przynajmniej wśród satelitów).
To co, robimy zrzutkę narodową?
Umieszczamy satelitę, a ten w pętli odgrywa „Ona tańczy dla mnie…”? 😁
Może nie będzie to największy wkład w rozwój ludzkości, ale kto wie – może ktoś tam na orbicie się wkurzy/wzruszy/wypowie wojnę*?
*niepotrzebne skreślić

Do następnego artykułu
Aleksander Marcin Sanetra
