Trzy nacje patrzą w szklaną kulę co będzie dalej. Grafika dla Ekscynatorium.pl Domena publiczna.

Jakieś dwa, może trzy miesiące temu na łamach The Guardian ukazał się artykuł o tytule, który sam w sobie brzmi jak science fiction: Aliens, asteroid mining … and Mars births? Royal Society envisions next 50 years in space. Opisywał on raport „Space: 2075” przygotowany przez Royal Society, w którym brytyjscy naukowcy starali się przewidzieć, jak będzie wyglądała nasza obecność w kosmosie za pół wieku.

Z dokumentu wyłania się obraz przyszłości pełnej śmiałych przedsięwzięć: budowy baz na Księżycu, fabryk krążących wokół Ziemi, górnictwa asteroidowego i wykorzystania energii słonecznej przesyłanej na Ziemię niczym niewidzialnym przewodem. Do tego dochodzą pomysły recyklingu śmieci kosmicznych, rozwój całych gałęzi przemysłu orbitalnego, a nawet kwestie etyczne jak np. narodziny dzieci na Marsie czy pierwsze realne kontakty z obcym życiem.

Czytałem to z dużym zainteresowaniem, ale w pewnym momencie przyszła mi do głowy myśl: a co na ten temat mówią inni? Czy inne państwa mają swoje własne „kosmiczne scenariusze przyszłości”? I jeśli tak, to czym różnią się od brytyjskiej wizji? Czy dla Amerykanów priorytetem jest Księżyc, dla Chińczyków Mars, a dla Japończyków asteroidy i komety? Które gałęzie eksploracji są dla jednych kluczowe, a dla drugich jedynie dodatkiem?

Bo może właśnie w tych różnicach, w tym, co jedni uważają za pierwszoplanowe, a inni za poboczne – kryje się odpowiedź na pytanie, jak naprawdę będzie wyglądał rozwój badań i podboju przestrzeni, która zaczyna się tuż nad naszymi głowami.

Rzućmy na to okiem, bo to co odkryłem, to co odnalazłem i to co z tego wynika … no dobra teraz nic Wam nie zdradzę, musicie poczekać. Zanurzmy się w takim razie w mętną zupę, polityki, gospodarki, militariów i nauki by zobaczyć jaki niezły pasztet nam szykują.
No to teraz walnąłem, „pasztet z zupy”.

Zacznijmy od bliższej nam Francji oraz (niby razem ale osobno europejskiej agencji kosmicznej ESA)

Francja i ESA – razem, ale osobno

Francuski astronauta. Grafika dla Ekscynatorium.pl Domena publiczna.

Francja, jak to Francja – zawsze podkreśli swoją odrębność, nawet siedząc w fotelu gospodarza Europejskiej Agencji Kosmicznej. Niby ta sama rakieta Ariane, niby wspólna wizja, ale w tle słychać wyraźnie francuski akcent: my tu nie tylko gonimy Amerykę i Chiny, my chcemy robić to po swojemu.

Francuzi stawiają mocno na astronomię i badania naukowe – co widać w planach takich jak Astronet 2022–2035, czyli europejskiej mapie drogowej dla przyszłych teleskopów i obserwatoriów. W tej wizji kluczowe miejsce zajmują projekty typu LISA (kosmiczny detektor fal grawitacyjnych), czy gigantyczne radioteleskopy nowej generacji. To nie są rzeczy, które od razu budzą wyobraźnię laików, jak „baza na Marsie”, ale to właśnie dzięki nim Europa chce być naukowym liderem.

I rzeczywiście – kiedy Brytyjczycy w swoim raporcie marzą o narodzinach marsjańskich dzieci, Francuzi i ESA wolą najpierw zajrzeć głębiej w sam Wszechświat. Dlatego w planach Astronet 2022–2035 królują projekty wielkich teleskopów, detektorów fal grawitacyjnych i radioteleskopów, które mają nam powiedzieć, jak to wszystko naprawdę działa. Tu nie ma kolonialnej fantazji w stylu „budujemy osadę na Czerwonej Planecie”, jest raczej filozofia: najpierw zrozummy, zanim zaczniemy urządzać w kosmosie żłobki.

Ale żeby nie było – Francja i ESA nie zatrzymały się w świecie czystej nauki. W ostatnich latach bardzo mocno skręciły w stronę komercji. Misja Ax-4 na ISS była tu małym trzęsieniem ziemi: kilkadziesiąt eksperymentów z dziedziny medycyny, biotechnologii i materiałoznawstwa, w tym nasz rodzimy pakiet IGNIS (to ta misja z naszym Sławoszem Uznańskim-Wiśniewskim) przygotowany we współpracy z ESA. To nie były abstrakcyjne badania o „przyszłych cywilizacjach międzygwiezdnych”, tylko konkret: jak zachowuje się mikrobiom jelit w kosmosie, czy można stabilizować nowoczesne nanomateriały, jak wyhodować bardziej odporne algi, a nawet czy sztuczna inteligencja na orbicie może przejąć część pracy ziemskich komputerów.

I właśnie w tym tkwi urok „francusko-europejskiej drogi”: z jednej strony monumentalne projekty naukowe, które mają uchwycić oddech Wszechświata, z drugiej, bardzo przyziemne (albo raczej pozaziemskie) pytania o zdrowie, technologię i rynek. ESA i CNES pokazują, że kosmos nie musi być tylko polem rywalizacji o flagę i terytorium. Może być też laboratorium, gdzie medycyna, farmacja i przemysł spotykają się w warunkach mikrograwitacji a potem wracają na Ziemię w postaci nowych leków, materiałów i technologii. Tu jeszcze czuć romantyzm podboju kosmosu.

Krótko mówiąc: podczas gdy inni rozstawiają kosmiczne namioty na Księżycu czy Marsie, Francuzi i ESA raczej rozkładają w kosmosie przenośne laboratorium. Trochę mniej spektakularnie, ale za to z większym potencjałem, by naprawdę zmienić nasze codzienne życie.

Wiem, że z zapartym tchem czekacie na „Amerykę”. Poczekacie. Odwiedźmy inną część naszego świata bo tam mamy kraje które będąc blisko siebie geograficznie i kulturowo rozwijają coś ciekawego i innego. Mówię tu o Indiach, Japonii i Chinach.

Indie – kosmos na przyprawach

Hinduski astronauta. Grafika dla Ekscynatorium.pl Domena publiczna.

Zanim wskoczymy w amerykańską narrację o „liderze wolnego kosmosu”, zerknijmy do miejsca, które zwykle kojarzy nam się raczej z przyprawami, Bollywood i gigantycznymi korkami w miastach, niż z rakietami. A jednak Indie to dziś jedno z najciekawszych centrów kosmicznego rozwoju.

Ich agencja ISRO działa trochę jak sklepik osiedlowy, który nagle wyrósł obok wielkich supermarketów NASA i CNSA – mniejszy, tańszy, ale potrafi zaskoczyć. W 2014 roku pokazali światu, że można polecieć na Marsa taniej niż nakręcić film o locie na Marsa w Hollywood (Mars Orbiter Mission kosztowała mniej niż film „Grawitacja”). Potem przyszedł czas Chandrayaan-3 i lądowania na Księżycu, które – o dziwo – udało się w miejscu, gdzie wcześniej potykały się większe agencje.

Co ciekawe, Indie mają zupełnie inny cel niż ich sąsiedzi. Nie chodzi im o „zawłaszczenie kosmosu” ani o rywalizację w stylu zimnowojennej gry w statki. Dla nich kosmos to przede wszystkim praktyczne narzędzie: satelity nawigacyjne, meteorologiczne, obserwacyjne. Rakiety, które wynoszą ładunki dla innych państw. Program kosmiczny jako motor gospodarki, nauki i prestiżu – ale prestiżu nie opartego na „kto pierwszy postawi nogę na Marsie”, tylko na tym, kto zbuduje niezawodny system, który naprawdę działa.

Indie kosmos odczarowują – robią z niego coś bliższego zwykłemu obywatelowi. Rakieta nie jest tu symbolem dominacji, tylko kolejnym elementem infrastruktury: trochę jak autostrada, tylko że w górę. Pamiętajcie jeszcze o jednym fakcie, mając 1.451 miliarda mieszkańców łatwiej jest przygotować 100.000 inżynierów (takich prawdziwych, nie tych z Afryki, którzy pędzą na złamanie karku do Niemiec, Francji czy Włoch)

Japonia – kosmos w stylu zen

Japoński astronauta, Grafika dla Ekscynatorium.pl Domena publiczna.

Japonia lubuje się w organizacji – i trzeba im oddać, co cesarskie, że jak coś zorganizują, to z dokładnością, której można im zazdrościć. W 2003 roku powstała JAXA, czyli jedna agencja zamiast kilku mniejszych instytucji. Sprytni potomkowie Samurajów zrobili porządek po swojemu: nie rozdrabniać się, tylko połączyć siły. Efekt? Nagle kraj znany ze shinkansenów (takie szybkie ciuchcie 😉), sushi i robotów w fabrykach stał się graczem kosmicznym, z którym liczą się nawet giganci.

I choć JAXA nie jest tak głośna jak NASA czy CNSA, to ich styl trudno pomylić. Amerykanie lubią wielkie hasła o „powrocie na Księżyc” i „drodze na Marsa”. Chińczycy budują krok po kroku własne imperium cislunarne. A Japończycy? Oni wybierają chirurgiczną precyzję. Weźmy sondy Hayabusa i Hayabusa2 – gdzie inni marzyliby o kolonii, JAXA wysłała małe roboty na asteroidy Itokawa i Ryugu, zebrała garść pyłu i przywiozła go na Ziemię. Może nie tak spektakularne jak flaga na powierzchni, ale naukowo – bezcenne. To jak zen w praktyce: mniej huku, więcej treści.

Ale Japonia nie żyje tylko nauką – coraz mocniej stawia też na kosmiczny biznes. Satelity telekomunikacyjne, pogodowe i obserwacyjne to jeden z filarów japońskiego programu, a sektor prywatny rośnie tu szybciej niż bambus po deszczu. Firmy takie jak Mitsubishi Heavy Industries (więcej na WIKIPEDII) wynoszą rakiety H-IIA i H3, a startupy eksperymentują z usługami w stylu „orbitalnego serwisu technicznego” czy miniaturyzacją satelitów. To nie są tylko gadżety – to realne pieniądze i narzędzia gospodarcze.

I jest jeszcze trzeci filar – księżycowe ambicje. Japonia nie konkuruje wprost na zasadzie „kto pierwszy postawi stopę”, ale buduje partnerstwa. Wspólnie z Toyotą projektują Lunar Cruiser, kosmiczny pojazd terenowy, który ma być czymś w rodzaju księżycowego kampera. Do tego udział w programie Artemis i własne misje SLIM (Smart Lander for Investigating Moon) – które udowadniają, że Japonia potrafi wylądować tam, gdzie inni nie próbowali.

A na ziemi – symbol całego tego podejścia: Tanegashima Space Center. Wyspa, turkusowa woda, plaże i klify, a między tym wszystkim – wyrzutnie rakiet. Wyobraźcie sobie Bałtyk, Mierzeję Helską i startującą stamtąd rakietę – mniej więcej taki dysonans, tyle że w Japonii on działa. Tanegashima to nie tylko miejsce startu H-IIA czy H3, to też wizytówka całego kraju: obrazek, w którym estetyka spotyka inżynierię, a spokój wyspiarskiego życia kontrastuje z hukiem silników. Kosmiczny zen w wersji live.

I właśnie tak wygląda japońska droga: mniej krzyku o „dominacji kosmosu”, więcej konsekwentnych kroków. Trochę kaligrafii, trochę origami, ale wszystko z precyzją, która potrafi zawstydzić tych, co wolą wielkie deklaracje.

Chiny – smok, który już nie kopiuje

Chiński Taikonauta, Grafika dla Ekscynatorium.pl Domena publiczna.

Wieprzowina w sosie słodko-kwaśnym. Tak właśnie można opisać chiński kosmos: niby znajome składniki, ale podane w zupełnie inny sposób. Przez lata patrzyliśmy na Państwo Środka jak na ucznia, który podgląda zeszyt sąsiada i przepisuje do własnego. A teraz? Chińczycy stukają nas w ramię i mówią: Ej! My już nie kopiujemy. My tworzymy.

I trzeba im oddać, że robią to z rozmachem. Mamy stację Tiangong, która krąży nad nami i jest dowodem, że można zbudować coś własnego, zamiast prosić o miejsce przy stole ISS. Mamy misje Chang’e (kilka misji), które krok po kroku badają Księżyc, a nawet przywożą na Ziemię próbki z jego niewidocznej strony – coś, czego nikt wcześniej nie zrobił. Mamy też sondy lecące ku Marsowi i ambitne plany związane z Międzynarodową Stacją Badawczą na Księżycu (ILRS), wspólnie z Rosją (choć w praktyce to Pekin nadaje ton) i NASA.

Ale chiński kosmos to nie tylko nauka i inżynieria. To także polityka – wewnętrzna i zewnętrzna. Wewnątrz: pokazanie obywatelom, że partia prowadzi kraj ku wielkości, dosłownie sięgając gwiazd. Na zewnątrz: dyplomacja kosmiczna – budowa stacji naziemnych w Afryce, transfer technologii, oferowanie rakiet i satelitów sojusznikom. Kiedy USA i Europa kłócą się o budżety, Chiny spokojnie zawierają kontrakty w Nigerii, Egipcie czy Ameryce Południowej.

W tej układance Pekin przejął rolę, jaką w czasach zimnej wojny pełniła Moskwa – alternatywnego bieguna wobec amerykańskiego Orła. I wygląda na to, że czeka nas nowa odsłona wyścigu kosmicznego, tylko tym razem zamiast „orła i niedźwiedzia” zobaczymy orła i smoka. Ameryka z planami Artemis, reaktorami księżycowymi i „militaryzacją orbity”. Chiny – z Tiangongiem, ILRS (lub prezentacja programu od strony NASA i całą armią satelitów na orbicie.

Pytanie, które zostaje: czy to będzie wyścig jak dawniej – kto pierwszy, kto więcej, kto dalej – czy raczej subtelna gra wpływów, gdzie każdy start rakiety to także komunikat polityczny? Bo jeśli coś charakteryzuje chiński styl, to właśnie ta mieszanka: słodko-kwaśny sos postępu naukowego i politycznego PR-u.

USA – orzeł w klatce pełnej kogutów

Amerykański Astronauta, Grafika dla Ekscynatorium.pl Domena publiczna.

Powinienem teraz napisać coś o Rosji ale skoro Amerykański orzeł został wywołany do tablicy to rzućmy okiem na coś co wymyka się czemukolwiek. Dotychczas „tylko NASA” a teraz? No właśnie, niejako podobnie jak z ESA gdzie poszczególne państwa robią coś same ale też i wspólnie. Amerykanie mają teraz NASA, Siły Kosmiczne Stanów Zjednoczonych (US Space Force), SpaceX, Orbital ATK, Virgin Galactic i… ale się porobiło, bo te instytucje zarówno ze sobą konkurują jak i współpracują. Galimatias polityczno wizerunkowy połączony z komercją.

I tu zaczyna się pasztet – bo każdy z nich gra trochę inaczej, a jednak razem budują coś, czego nie ma nikt inny. NASA jest już bardziej architektem niż samotnym wykonawcą: zamiast „my zrobimy wszystko”, mamy układ „wy zróbcie dla nas”. Artemis? Tak, ale z rakietami Space Launch System i kapsułą Orion, obok których ląduje Starship od SpaceX – niby konkurent, a jednak partner. Do tego Gateway, planowana stacja na orbicie Księżyca, która ma być przystankiem w drodze dalej.

A dalej? Tu już Amerykanie sypią pomysłami jak z rękawa. NASA ogłasza programy badawcze: reaktor nuklearny na Księżycu do 2030 (Fission Surface Power), testy wydobycia surowców w ramach ISRU (In-Situ Resource Utilization), a równolegle komercja kusi wizją fabryk orbitalnych – od włókien optycznych po biotkanki. US Space Force rozważa zabezpieczenie całej przestrzeni cislunarnej, a think-tanki publikują raporty o tym, jak stworzyć sojusz kosmiczny na wzór NATO.

To wszystko brzmi jak science fiction, ale w odróżnieniu od brytyjskich marzeń w raporcie „Space: 2075”, tu widać rękę na stali i budżet na koncie. Artemis już jest w toku. Gateway jest w budowie. SpaceX próbuje zrobić z wielorazowości coś tak rutynowego jak lot samolotem. Virgin Galactic wozi pierwszych turystów na skraj kosmosu – może drogo i pokazowo, ale symbolicznie ważne.

Czy to bałagan? Jasne. Ale to bałagan, który generuje wyniki i zmienia układ sił. W ciągu najbliższych dekad Ameryka może nie tylko wrócić na Księżyc, ale też uczynić z niego poligon – dla energetyki jądrowej, przemysłu i wojskowości. W tym galimatiasie polityki, wizerunku i komercji kryje się coś, czego nie mają ani Chiny, ani Europa: elastyczność. Amerykański orzeł może być rozdrapywany przez własne koguty, ale kiedy trzeba – wzbija się wyżej niż reszta.

Amerykanie mają w tym doświadczenie: najpierw trzeba dostać w tyłek (jak wtedy, gdy pierwszy kosmonauta był radziecki), żeby chwilę później wznieść się wyżej (pierwszy człowiek na Księżycu). Tyle że… dziś te sukcesy coraz częściej są wynikami w Excelu – raportami, wykresami i konferencjami prasowymi, które świetnie wyglądają na slajdach PowerPointa. A przy takiej mozaice instytucji, firm i agencji pojawia się druga strona medalu: odpowiedzialność. A raczej jej rozmycie. A tam, gdzie nikt nie bierze pełnej odpowiedzialności, błędy są nieuniknione. A błędy w tej dziedzinie kosztują – i to sporo.

Prawdopodobnie Amerykanie w najbliższym czasie dostaną jeszcze niejednego „klapsa” (choćby od Chin), ale historia sugeruje, że chwilę później i tak pozamiatają kosmiczną piaskownicę.

Rosja – niedźwiedź wyliniały, ale wciąż mruczy

Rosyjski kosmonauta, Grafika dla Ekscynatorium.pl Domena publiczna.

Dobra, wróćmy jednak do czegoś bliższego, chociaż obecnie nieco passe – czyli Rosji. Czy lekko wyliniały niedźwiedź coś jeszcze może? Jeszcze całkiem niedawno to właśnie Moskwa rozdawała karty: Gagarin, Łuna, pierwsza stacja orbitalna Salut, a potem Mir. Świat z zapartym tchem patrzył, jak radziecki program kosmiczny bije rekord za rekordem, a Ameryka nerwowo goni.

Dziś jednak ten sam niedźwiedź wygląda jak zmęczony staruszek, który co chwilę wspomina: „a pamiętacie, że to my pierwsi?”. Roskosmos wciąż żyje z legendy, a jego głównym osiągnięciem ostatnich lat było… utrzymywanie Sojuzów w gotowości, kiedy Amerykanie przez niemal dekadę nie mieli własnego transportu na ISS. Ale odkąd pojawił się Dragon od SpaceX, nawet ta przewaga stopniała jak lód na Bajkale wiosną.

Rosja próbuje jeszcze coś zdziałać – zapowiada własną stację orbitalną, snuje wizje nowych rakiet Angara, czasem mówi o powrocie na Księżyc. Problem w tym, że większość tych planów kończy jako konferencja prasowa i kilka renderów w internecie. Realnych sukcesów jest jak na lekarstwo, a ostatnie porażki lądowników księżycowych pokazują, że inżynieryjny pazur z czasów Korolowa mocno się stępił.

Nie znaczy to, że Rosja zniknęła z kosmosu – nadal ma swoje satelity, nadal bierze udział w ISS, nadal szkoli kosmonautów. Ale dziś bardziej niż liderem jest „kosmicznym weteranem” – takim wujkiem, który kiedyś potrafił zadziwić świat, a teraz raczej opowiada historie przy ognisku, niż rzuca wyzwania młodym wilkom.

Ratunkiem dla zapitego starego niedźwiedzia może być współpraca z Chinami, a może i z Indiami. Pekin chętnie przygarnąłby moskiewskie doświadczenie, o ile pasuje do jego planów ILRS; Delhi z kolei szuka partnerów, którzy mogliby uzupełnić ich braki technologiczne. I choć polityka mówi: „to niemożliwe”, to nauka ma inną logikę. Trochę idealizuję, ale naukowcy częściej widzą w sobie partnerów niż rywali. Dlatego nawet współpraca z ESA bywa możliwa – w końcu przez lata systemy były projektowane tak, by Sojuz mógł uratować astronautów z Dragona, a Dragon kosmonautów z Sojuza.

Tylko że rodzi się pytanie: a co z resztą? Co z mniejszymi agencjami, co z nowymi graczami, co z krajami, które nie mają miliardowych budżetów, ale też chciałyby uszczknąć kawałek kosmicznego tortu? Czy w tym globalnym wyścigu znajdzie się miejsce na prawdziwą współpracę, czy zostaną nam tylko doraźne sojusze – zawierane tak długo, jak długo pasują do bieżącej geopolitycznej kuchni?

No właśnie – i tu robi się naprawdę smakowicie, bo jak się zajrzy poza te „wielkie kosmiczne kuchnie”, to nagle okazuje się, że małe państwa gotują swoje dania – czasem zaskakująco aromatyczne. To by mogło wyglądać tak:

Mniejsi gracze – przyprawy w kosmicznej zupie

Wielcy rozstawiają garnki i szykują dania główne, ale bez przypraw żadna potrawa nie ma smaku. I w kosmosie jest podobnie – obok gigantów mamy też całą armię mniejszych kucharzy, którzy dorzucają coś od siebie.

Weźmy Polskę. Na pozór „maluch”, ale zaskakująco potrzebny w globalnym kosmicznym łańcuchu dostaw. Polskie firmy dostarczają podsystemy do misji ESA, komponenty optoelektroniczne i oprogramowanie. Gdyby nagle wyciągnąć te klocki, kilka projektów musiałoby zwolnić tempo. Niby drobiazgi, ale bez nich cała maszyneria się zacina.

Izrael też pokazał, że można z małego kraju wystrzelić duże ambicje. Sonda Beresheet nie wylądowała idealnie na Księżycu, ale i tak była dowodem: da się wejść do elitarnego klubu przy niewielkim budżecie. W tle rozwija się też izraelski sektor satelitarny – od komunikacji po obserwację Ziemi – z rozwiązaniami, które trafiają potem do cywilnej technologii i obronności.

Iran – temat kontrowersyjny, ale wart odnotowania. Teheran od lat buduje własne rakiety nośne i satelity, które – choć często niedoskonałe – mają jeden cel: uniezależnić się od „zachodniego kabla”. To raczej polityczne niż naukowe, ale jednak kosmos wchodzi tu na agendę.

Korea Południowa – dynamicznie rozwijający się program, rakieta Nuri i ambicje badawcze (KARI planuje misje księżycowe, a także własne satelity obserwacyjne). Korea Północna natomiast używa kosmosu bardziej jako teatru politycznego, ale faktem jest, że swoje starty satelitów przeprowadza.

Europa też pełna jest mniejszych graczy: Austria, Belgia, Dania, Czechy, Irlandia – każda z nich ma własne nisze, od nanotechnologii, przez mikrosatelity, po systemy komunikacyjne. Wspólnie tworzą ESA, ale każdy lubi podkreślić: „my też mamy swoją wizję”.

No i są egzotyki, które na pierwszy rzut oka brzmią jak science fiction. Zjednoczone Emiraty Arabskie – w 2020 wysłały sondę Hope na orbitę Marsa. Bez wielkiej pompy? Wręcz przeciwnie – zrobili z tego globalne show, udowadniając, że mają nie tylko ropę, ale i kosmiczne ambicje. Kanada od lat jest cichym partnerem – ich Canadarm był i jest niezastąpioną mechaniczną ręką ISS.

I wreszcie Australia – kraj kangurów i bumerangów. Jeszcze dekadę temu nikt nie brał ich poważnie w tej branży, a dziś mają własną agencję, rosnący sektor prywatny i plany budowy infrastruktury naziemnej dla misji księżycowych i marsjańskich. To nie Apollo ani Chang’e, ale to właśnie takie cegiełki sprawiają, że wielkie programy mogą działać.

Mniejsze kraje bazują na współpracy – i dobrze. Bo gdy wielcy spierają się o to, kto pierwszy postawi stopę na Księżycu, to właśnie ci mniejsi sprawiają, że rakieta w ogóle ma działające śrubki, a dane naukowe wracają na Ziemię.

Ciekawostka – jak kto nazywa swoich ludzi w kosmosie?

Nie wszyscy latający w kosmos to po prostu „astronauci”. Różne kraje ukuły swoje własne określenia – czasem z dumy narodowej, czasem dla odróżnienia się od konkurencji:
USAastronauta (od greckiego „żeglarza gwiazd”).
Rosjakosmonauta (żeglarz kosmosu).
Chinytaikonauta (od „tàikōng” – przestrzeń kosmiczna).
Francja / ESAspationauta (od „espace” – przestrzeń), choć oficjalnie ESA używa astronauty.
Indievyomanauta (od sanskryckiego „vyom” – niebo, przestrzeń).
Japoniauchū hikō-shi (宇宙飛行士 – pilot kosmosu).
Korea Południowauju bihaengsa (우주비행사 – dosł. „pilot kosmosu”).
ZEAra’id fadaa (رائد فضاء – pionier przestrzeni).
Polska, Izrael, Australia, Kanada – pozostają przy „astronauta” w ramach współpracy z ESA/NASA.
Słowem – każdy chce mieć swojego „żeglarza gwiazd”, nawet jeśli wszyscy lecą w tym samym skafandrze.

Podsumowanie – kosmos między romantyzmem a Excelem

No dobrze, obejrzeliśmy talerze z różnych kuchni świata. Brytyjczycy serwują nam marzenia w sosie futurologii, Francuzi i ESA doprawiają nauką i laboratoriami, Indie gotują praktycznie i tanio, Japończycy stawiają na precyzję zen, Chiny duszą politykę w słodko-kwaśnym, Amerykanie mieszają jazzowo wszystko naraz, a Rosja… cóż, Rosja wspomina, jak to kiedyś gotowała najlepiej. Do tego przyprawy z mniejszych krajów – Kanada, Emiraty, Polska, Izrael i reszta – dzięki którym cała ta zupa w ogóle ma smak.

Ale co dalej? Tu sprawa robi się ciekawa. Bo kosmos coraz wyraźniej rozwarstwia się na dwie ścieżki: komercję i romantyzm poznania. Z jednej strony mamy projekty podliczone w tabelkach – które można sprzedać inwestorom, udowodnić w PowerPoincie i rozliczyć w dolarach, euro czy juanach. Z drugiej – tę starą, romantyczną potrzebę wyjrzenia za płot Wszechświata i zobaczenia, co tam jest.

Polityka i tabelki tym razem będą miały większy wpływ niż kiedykolwiek. I w pewnym sensie to dobrze: zawalić całą gospodarkę dla projektu „pod publiczkę” to głupota. Ale pojawia się pytanie – jak wytłumaczyć komercyjnie projekt, który nie przyniesie dochodu? Jak sprzedać ideę, że warto wiedzieć, jak pachnie gleba na Marsie, skoro z punktu widzenia rynku nie da się jej spieniężyć?

Czy bycie pierwszym „gdzieś” nadal ma znaczenie – czy to tylko echo XX wieku? A może ważniejsze stanie się stworzenie „czegoś”, co można sprzedać, wdrożyć, zmonetyzować? I jeśli tak, to czy nie zabijemy po drodze tej iskry, która sprawiła, że człowiek w ogóle spojrzał w gwiazdy?

Bo może się okazać, że przyszłość kosmosu to nie wielkie wizje i wspólne marzenia, ale raporty kwartalne i rynek zbytu. A wtedy romantyzm eksploracji stanie się luksusem – czymś, na co pozwolą sobie tylko nieliczni.

I na koniec – pamiętajcie: kosmiczne marzenia bywają jak miłość z widokiem na gwiazdy, romantyczne i podnoszące nad ziemię. Tylko czy w 2025 roku jeszcze kogoś to poruszy, jeśli nie da się tego sprzedać? Komercja coraz wyraźniej rysuje mapę jutra, a romantyzm eksploracji zostaje w cieniu — luksusem, na który pozwalają sobie tylko nieliczni. I może to i lepiej — świat zbyt pełen marzeń też potrafi się zatopić.

Tak więc patrzmy w kosmos z rozmysłem, ale też z nutką nostalgii. Bo kto wie – gdy ktoś za dwadzieścia lat powie do Was: „patrzyłeś ostatnio w gwiazdy?” – będzie to pytanie nie o romantyczny spacer, lecz o to, czy jeszcze potrafimy marzyć, zanim sprawdzimy arkusz Excela.

„No dobrze, to rozmawialiśmy o smakach, stylach i polityce, ale obiecałem Wam jeszcze jedno: co z tego wynika na mapie przyszłości. I tu dopiero robi się ciekawie. Bo kiedy zestawi się te wszystkie wizje, widać wyraźnie, że… (i tu krótka analiza + roadmapa w skrócie dla wszystkich).”

Mapa drogowa kosmicznych wizji – gdzie kto zmierza?
Wybaczcie ale tyle zebrałem i mogłem niechcący coś pominąć

1. Europa / ESA (Francja i spółka)
Choć Europejczycy bywają bardziej precyzyjni niż showmani, ich mapa przyszłości nie jest nudna. To raczej dobrze narysowany atlas, w którym każdy punkt oznacza lata pracy laboratoriów i obserwatoriów.

  • Euclid – teleskop wysłany w 2023 roku, który przez dekadę będzie badał ciemną materię i energię, czyli największe zagadki fizyki.
  • JUICE – misja do Jowisza i jego lodowych księżyców (Ganimedes, Europa, Kallisto), gdzie może kryć się życie pod powierzchnią.
  • Copernicus, Sentinel, SWARM – cała flota satelitów obserwujących Ziemię: klimat, oceany, pole magnetyczne. Europa stawia tu na praktyczność – nauka, ale i narzędzia polityki klimatycznej.
  • Hera – misja obrony planetarnej: ma sprawdzić skutki uderzenia w asteroidę Dimorphos po eksperymencie NASA DART. Czyli Europa ćwiczy scenariusze rodem z „Armageddonu”.
    Tak przy okazji wpiszcie w GOOGLE „NASA DART” będzie ciekawie 😉
  • Voyage 2050 – strategia na pół wieku naprzód: badania egzoplanet, czarnych dziur, początków Wszechświata. Brzmi bardziej jak plan filozofa niż polityka, ale to właśnie europejska droga: patrzeć dalej, głębiej, szerzej.

2. USA (NASA + partnerzy)
Amerykańska roadmapa przypomina jazzowy szkic – chaos, improwizacja, ale zawsze z melodią w tle.

  • Artemis II–VII – powrót ludzi na Księżyc, budowa stacji Gateway i przetarcie szlaków pod dłuższe wyprawy. Terminy przesuwają się, ale rakiety i kapsuły już są w produkcji.
  • Mars Sample Return – próba przywiezienia próbek z Marsa. Na papierze przełom, w praktyce projekt opóźniony i coraz droższy. Planowane ok. 2035–2040.
  • CLPS (Commercial Lunar Payload Services) – prywatne firmy wożące ładunki na Księżyc. Ameryka robi z Księżyca poligon dla biznesu.
  • Fission Surface Power – budowa małego reaktora jądrowego na Księżycu do 2030 roku. Jeśli się uda, zmieni to zasady gry.

3. Indie (ISRO)
Indie stawiają na pragmatyzm i taniość – ich mapa jest może mniej kolorowa, ale bardzo konkretna.

  • Gaganyaan – pierwszy indyjski lot załogowy, planowany na drugą połowę lat 20.
  • Bharatiya Antariksh Station – własna stacja orbitalna, do 2035 roku, aby uniezależnić się od ISS i Chin.
  • Chandrayaan 1, Chandrayaan 3 (kilka misji) i Mangalyaan – programy księżycowe i marsjańskie. Naukowe, ale też symboliczne – pokazujące, że Indie są w klubie dużych.

4. Japonia (JAXA)
Mistrzowie precyzji i minimalizmu, którzy lubią robić mniej, ale dokładniej.

  • SLIM – udane miękkie lądowanie na Księżycu w 2024 roku, z rekordową dokładnością.
  • Lunar Cruiser – wspólny projekt z Toyotą: pojazd ciśnieniowy na Księżyc, planowany na lata 30.
  • BHEX (Black Hole Explorer) – teleskop do badania czarnych dziur i zjawisk ekstremalnych.

5. Chiny (CNSA)
Chińska mapa przypomina ekspansję imperium – krok po kroku, aż do pełnej dominacji.

6. Rosja (Roskosmos)
Rosyjska mapa bardziej przypomina kalendarz życzeń niż twardy plan, ale coś tam się rysuje.

  • ROSS (Russian Orbital Service Station) – nowa stacja orbitalna, planowana na ok. 2030 rok.
  • Angara – rakieta, która od lat ma być następcą Protonów, ale wciąż nie może się rozpędzić.
  • Partnerstwo w ILRS – rola junior-partnera przy chińskiej bazie księżycowej.

7. Mniejsi gracze – Polska, Izrael, Emiraty, Korea, Australia
Tutaj mapa jest bardziej mozaiką, ale coraz wyraźniejszą.

  • Polska – eksperymenty w ramach misji Ignis na ISS, nanosatelity PIAST, program EagleEye i optoelektronika dla ESA. Mało efektownie, ale kluczowe w łańcuchu dostaw.
  • IzraelBeresheet 2.0, drugi start ku Księżycowi; sektor satelitarny na potrzeby cywilne i militarne.
  • ZEA (Emirates) – program Mars 2117 (kolonizacja do roku 2117 w planowaniu pojechali dalej niż Brytyjczycy), sonda Hope już krąży wokół Czerwonej Planety.
  • Korea Południowa – rakieta Nuri, plan stacji księżycowej do 2045, lądownik księżycowy do 2032.
  • Australia – własna agencja i infrastruktura wspierająca Artemis: naziemne systemy komunikacji, starty i współpraca z NASA.

I może właśnie to jest największa pułapka przyszłości: kosmos stanie się tabelką w Excelu. Raportami, kwartalnymi wynikami, przepychanką na kontrakty. Ale kosmos nie wybacza błędów księgowych. W odróżnieniu od giełdy, gdzie można „odrobić straty w kolejnym kwartale”, tutaj źle policzona śruba albo zbyt optymistyczny budżet kończy się kraterem w miejscu, gdzie miał być sukces.

Dlatego zamiast pytać, kto pierwszy zatknie flagę na Marsie, powinniśmy zadać inne pytanie: czy w ogóle potrafimy jeszcze marzyć bez arkusza kalkulacyjnego?

Bo jak mawiali panowie z pierwszego Men in Black: „kiedy ostatnio patrzyłeś w gwiazdy” (cytat z pamięci) I jeśli odpowiedź brzmi „tak, ale tylko w Excelu”… to znaczy, że coś po drodze zgubiliśmy.

Biografia bo warto wiedzieć więcej

Niby bibliografia… ale w praktyce to zestaw linków, do których warto zajrzeć, żeby uzupełnić wiedzę i samemu sprawdzić, co było podstawą do tego artykułu.

Ciekawe raporty i przeglądy ekspertów:

Specyficzne programy i misje:

Do następnego artykułu
Aleksander Marcin Sanetra

By Aleksander Sanetra

Cześć! Nazywam się Aleksander Marcin Sanetra, jestem pasjonatem nauki, technologii, sztuki i życia, a także twórcą, pisarzem i copywriterem. Moje zainteresowania są niezwykle szerokie i obejmują takie dziedziny jak historia, fizyka kwantowa, astrofizyka, filozofia, elektronika, retro elektronika oraz wiele innych. Prowadzę interdyscyplinarny blog, który ma na celu inspirowanie i edukowanie, pokazując, że nauka może być nie tylko pouczająca, ale także fascynująca. Odważysz się wejść w mój świat, który (notabene) jest i twoim światem?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *